czwartek, 1 marca 2012

10 przykazań Easted.

    Moje nowe, rozsądne ja musi kierować się jakimiś zasadami. Skoro nie przedsięwzięłam żadnej konkretnej diety, to cóż to są za zasady? Otóż zaczęłam trzymać się 10 zasad, które od teraz są dla mnie święte. Zasady te "opracowałam" wyciągając wnioski ze swoich poprzednich doświadczeń, z praktyki innych odchudzających się, z logicznych zasad "mądrości życiowej" i mądrości wyciagniętej z danych zawartych na opakowaniach. Nie jestem alfą i omegą, i podkreślam, że jest to EKSPERYMENT. Zgłosiłam się do niego dobrowolnie i sama nim zarządzam. Nikogo do niczego nie zmuszam. Jednocześnie jednak cały czas swoją wiedzę poszerzam, a i sama praktyka przyniesie zapewne wnioski, które zmusza mnie do pewnych modyfikacji. Niemniej jednak przejdę może do rzeczy.


TADAM! Oto 10 przykazań Easted:
1. Całkowity, kompletny i totalny zakaz spożywania przegryzek.
    Żadnej czekolady, ciasteczek, batoników i wszystkich im pokrewnych i pochodnych. Czipsy, paluszki, krakersy, orzeszki czy inne duperele również odpadają. I cukier. ZERO. Gdyby miał nadejść dziki kryzys, w grę wchodzić może ewentualnie miód. Jest dla mnie cukrem, który broni się tym, że jest naturalnym antybiotykiem. Dodatkowo rzeczywiście mnie "zasładza": czekolady mogę zjeść nawet tabliczkę w ogóle tego nie zauważając, miodu zjem łyżeczkę i jestem pozamiatana. Co nie znaczy, że miód nie będzie na liście "Easted uważa".
2. Pożegnanie z produktami prowadzącymi na skróty.
    Żadnych gotowców, koniec z półproduktami i innymi paskudztwami. Chodzi o wykluczenie wszystkich dań gotowych, sosów, sosików, zupek, itp., itd. Nie znaczy to, że będę teraz biegała po sklepach z organiczną żywnością i szukała tego, co samo spadło z drzewa! Zupełnie nie o to chodzi. Mam na myśli kompletne wykluczenie tego, co zostało niepotrzebnie przetworzone przed położeniem tego przeze mnie na talerzu. Przykład idealny? Jak się będzie dziecku chciało rosołku, to sobie dziecko NIE KUPI rosołku, tylko go sobie ZROBI. Po prostu go sobie ugotuje. Od zera.
3. Napojom gazowanym i wszelkim słodkim ulepkom mówię stanowcze NIE.
    Jedynym wyjątkiem może być gazowana woda mineralna. Będę starała się trzymać niegazowanej, ale lubię czasem urozmaicić sobie życie np. lekko gazowaną. Gdy będzie chciało mi się czegoś "smakowego" to sobie zaparzę herbatkę. O.
4. Niczego nie może brakować.
    Każda (albo prawie każda) dieta każe z czegoś rezygnować. I nie mam tutaj na myśli produktów z poprzednich punktów, tylko "zwykłych" elementów posiłków. Niektóre z nich są nawet tworzone tak, że opierają się tylko na kilku produktach. Tak się bawić nie będziemy. Dlaczego, opowiem innym razem, może przy okazji "opiniotwórstwa dietowego". Na moim talerzu ma być wszystko: węglowodany, warzywa, owoce, ryby, mięso, nabiał, etc. Oczywiście nie wszystko naraz i nie w ilościach niewyobrażalnych, ale nie zamierzam rezygnować całkowicie z niczego, co może dać mojemu organizmowi coś pozytywnego.
5. Rozważny wybór produktów.
    Nie zamierzam przerzucać się na wszystko co light i fit, bo to ani zdrowe, ani mądre, ani do końca prawdziwe. Jasne, że niektóre z tych produktów mają duża przewagę nad swoimi zwykłymi odpowiednikami, ale nie odwalą całej roboty za mnie. Mam raczej na myśli uważanie przy WSZYSTKICH produktach: wybór tych ryb i mięs, które nie są tłuste, podobnie z serami, mlekiem, jogurtami, itd. Jogurt nie musi być 0%,ale czy musi być słodzony? Mleko niekoniecznie 0%, bo takie nie ma ani grama wartości jakichkolwiek, ale też niekoniecznie od razu musi być 3,2%.
6. Szukanie zastępstw, czyli to samo, ale jednak inne.
    Gdy będę chciała zabielić kawę, to niekoniecznie tłustą śmietanką. Sałatkę owocową można doprawić jogurtem, podobnie np. jest z zupą. Masło spokojnie można zastąpić twarożkiem.
7. Ograniczenie produktów ryzykownych.
    Wspomniałam, że chcę, aby na moim talerzu było wszystkiego po trochu. I to prawda, ale pewne produkty będą pojawiać się rzadziej niż inne: chleb, makarony, ziemniaki, wspomniany też miód, czy masło. Przecież pieczywa nie trzeba smarować niczym. Choć masło z drugiej strony też nie jest takie całkiem niezdrowe. Dlatego od wielkiego dzwonu - tak, codziennie - nie.
8. Dodatki i sosy nie wchodzą w grę.
    Czas pożegnać się z keczupem, musztardą i majonezem. Wszystkie są kalorycznymi naciągaczami - jaki tak naprawdę dają efekt? Sosy również odpadają, poza tymi, które wytwarzają się naturalnie.
9. Śniadania.
    To od niedawna jest dla mnie nowość. Dotychczas raczej nie jadałam śniadań, właściwie dzień zaczynałam... późnym obiadem. Śniadać nauczył mnie Mój On. I słusznie, muszę jednak zmodyfikować nieco ten punkt. Kiedyś próbowano mi wpoić zasadę "śniadanie królewskie, obiad książęcy, a kolacja żebraka". Niby brzmi nieźle, śniadanie daje start i pozwala organizmowi się rozkręcić. I rzeczywiście, gdy jadam śniadania, czuję się lepiej. ALE: moje śniadanie nie może być królewskie. Co najwyżej książęce. Po zbyt obfitym śniadaniu czuję się ogromna i przyciężka, osiągając tym samym efekt zupełnie odwrotny do zamierzonego - nic mi się nie chce. Jak zresztą po każdym zbyt pokaźnym posiłku.
10. Nie doprowadzać do uczucia głodu.
    Mam na myśli głód, który powoduje, że jemy szybko i nie czując smaku porcje większe, niż rzeczywiście są nam potrzebne. Muszę jeść częściej, ale mniej i czuć się syta, a nie obżarta. A dzięki częstszym posiłkom nie będę doprowadzałą do sytuacji rzucania się na jedzenie.

Teraz pozostaje mi tylko trzymać się planu :) Na razie czuję się fantastycznie. Zobaczymy co przyniesie sobota, wtedy wybije tydzień eksperymentu w toku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz