środa, 18 kwietnia 2012

O blogach kulinarnych dziś będzie słów kilka.

    Moje próby ogarnięcia tematu kuchennego niechlujstwa powiodły mnie do krainy blogów kulinarnych, aby szukać inspiracji. Chciałam znaleźć sposób na to, co wyczarować ze standardowych produktów, żeby nie było standardowe i nudne. Chciałabym podzielić się z Wami moimi wnioskami dotyczącymi tych kulinarnych, wirtualnych podróży.
Wniosek 1: Chyba wszyscy prowadzą blogi kulinarne.
    Naprawdę, mam wrażenie, że to najpopularniejsza forma ekspresji w Internecie. Blogów kulinarnych jest po prostu ZATRZĘSIENIE. Tylko co z tego wynika?
Wniosek 2: Niestety z ilości owych blogów nie wynika nic.
    Ilość nie przekłada się na jakość. Zawsze wydawało mi się, że im większy jest wybór, tym więcej fajnych rzeczy można upolować. Niestety, w przypadku blogów o gotowaniu ta zasada się nie sprawdza. Naprawdę kosztowało mnie wiele czasu i energii, aby przebić się przez TONĘ stron, które:
- o gotowaniu były tylko "przy okazji", albo były tak skomplikowane, że komponowanie składników na jeden posiłek zajęłoby mi miesiąc,
- "rozjeżdżały się" - wyświetlały się tak, jak same chciały. To naprawdę nieciekawe zjawisko szczególnie, że korzystam z netbooka i moje 10" naprawdę wymaga troszkę spójności...
- atakowały mnie - ilość zdjęć, kolorów, elementów tła... wszystko po prostu KRZYCZAŁO do mnie z ekranu,
- język użyty do pisania notek miał niewiele wspólnego z językiem polskim. Po prostu nie potrafiłam dobrnąć do końca notek...
Wniosek 3: Na szczęście jest grupa superbohaterów ratujących świat!
    Wśród fali zalewających mnie pseudokulinarnych blogów udało mi się NA SZCZĘŚCIE znaleźć kilka perełek. Są to bloki czyste, przejrzyste i pełne wartościowych treści. Mogę znaleźć na nich garść informacji o właścicielce/właścicielu - i dobrze! To w końcu ich blog, ma poniekąd być pewną formą ekshibicjonizmu. Ale, ale: zgodnie z założeniem, że ma być KULINARNY mogę znaleźć na nich także sporo ciekawych i inspirujących przepisów, nierzadko uzupełnionych o uwagi dot. możliwych podmian lub produktów, które można całkowicie pominąć. Całość ozdobiona jest sympatycznymi, apetycznymi zdjęciami. Naprawdę jestem pod wrażeniem.
    Mam ogromną nadzieję, że moja przygoda z tymi perełkami potrwa dłużej i że moja kuchnia dzięki nim stanie się bardziej otwarta. Autorkom i autorom chciałabym w tym miejscu serdecznie pogratulować. Tak trzymajcie! :)

środa, 4 kwietnia 2012

Wkurzam się.

    Nie mam weny. Nie mam weny na to co jeść, jak jeść, a czego nie jeść w ogóle. I to mi rozwala rzeczywistość. Właściwie to w ogóle zapominam o jedzeniu, a gdy już mi się przypomina, to jestem tak głodna, że zjadłabym konia z kopytami!
    Zaglądam do lodówki i mogłabym jeść wszystko, niezależnie od konfiguracji. Mogę ogórki kiszone zagryzać płatkami z mlekiem, a kanapkę z dżemem pomidorową - nie ma problemu. Nie, nie jestem w ciąży. Po prostu chwilowo JESTEM KUCHENNYM NIECHLUJEM.
    Muszę coś z tym zrobić, bo mój żołądek choć jest całkiem cierpliwym kompanem, to w którymś momencie da mi popalić... W sumie chyba już powoli ma dość i może dlatego zaczęłam się zastanawiać nad sobą. Co z tego, że staram się (staram się, a nie unikam całkiem.... wrrr...) unikać tego, czego mi nie wolno, skoro rzeczy, które mi wolno jem w ilościach i konfiguracjach niespecjalnie kontrolowanych. CZAS WZIĄĆ SIĘ DO ROBOTY i ogarnąć ten temat.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Easted uważa na, czyli produkty wysokiego ryzyka.

    Jak już wspominałam przy okazji 10 przykazań, są pewne produkty, które stanowią dla mnie listę potencjalnie niebezpiecznych. Dlaczego? Ponieważ są podstępne! :) Z jednej strony nie powinno ich zabraknąć, a z drugiej strony stanowią poważne ryzyko.

Do produktów RYZYKOWNYCH należą:
- chleb
- makarony
- ryż
- ziemniaki
- miód
- masło

    Co więc z tym zrobić? Hmm... najlepiej w miarę możliwości ZAMIENIĆ. Gdy to jednak najlepszy wybór z możliwych? OGRANICZYĆ. I tak:
- Jasne pieczywo i makarony zamieniam na produkty pełnoziarniste. Podobnie staram się robić z ryżem, choć do ryżu innego niż biały trudno mi się przekonać.
- Ziemniaki gotuję w łupinkach i staram się jeść ostudzone. Żadnych miazg, czy puree. Ciepłe i gotowane bez łupinek są bardziej kaloryczne, a przede wszystkim szybciej się je trawi, przez co szybciej pojawia się ponowne uczucie głodu. Poza tym skórki ziemniaków zawierają dużo dobrych dla organizmu składników, więc czemu się ich pozbywać?
    Staram się te produkty jednak dawkować ostrożnie i w innych proporcjach niż dotychczas, np. ziemniaków jest mniej, bym mogła je zastąpić sałatką.
- Miód i masło - tylko od wielkiego dzwonu. Miód na "smaka na słodko", ew. przy przeziębieniu. Masło w ramach zmiany dostarczanych tłuszczy. Staram się jednak tych produktów wystrzegać.

Prawdopodobnie to lista produktów wysokiego ryzyka będzie tą, która najbardziej będzie ewoluowała. Wszystko przyjdzie z praktyką :)

niedziela, 25 marca 2012

Zgrzeszyłam.

    Zawiesiłam eksperyment na 1,5 tygodnia. Pojechałam do rodziców. Skończyło się imieninami u babci i obiadem u cioci. Gdy wróciłam, to mieliśmy gościa i eksperyment też częściowo nie miał miejsca.
    Niemniej jednak w dniu mojego wyjazdu od rodziców moja wspaniała elektroniczna waga wskazywała 68,3 kg. Co oznacza POSTĘP!
    Wracam do eksperymentu jutro. Jutro rano też będę musiała stanąć na mojej tutejszej, analogowej wadze, która wariuje w zależności od miejsca, w którym się ją postawi. Będę musiała znaleźć miejsce, które będzie pokazywało podobną wagę i kontynuować pomiary już tylko w tym konkretnym miejscu. Niestety i tak najlepsze wyniki będę mogła obserwować dopiero w domu rodziców. Cóż, do tego czasu muszę sobie jakoś radzić.



środa, 14 marca 2012

Produkty całkiem niedozwolone.

    Tym razem pod lupę wezmę produkty całkowicie niedozwolone. Muszę się ich wystrzegać i bronić się przed nimi rękami i nogami. Myślę, że tak naprawdę nie jest to niezmiernie trudne - przecież mam cel, motywację, a te produkty nie są niezbędne do życia. Część z nich nie jest nawet smaczna! Korzysta się z nich raczej z lenistwa, albo usprawiedliwia się brakiem czasu. A to już są wymówki.

 Lista produktów NIEdozwolonych prezentuje się następująco:
- czekolada i produkty czekoladopodobne oraz czekoladopochodne
- słone przekąski (czipsy, paluszki, orzeszki, krakersy, itp.)
- orzechy, pestki dyni i inne naturalne, ale wysokokaloryczne przekąski
- cukier w "tradycyjnej" postaci (kryształ, puder, etc.)
- produkty gotowe (sosy, zupki, itd. i oczywiście wszelkie fast foody)
- wysokotłuszczowy nabiał (śmietana, sery, mleko, itp.)
- tłuste mięso, wędliny i ryby
- dodatki (keczup, majonez, dressingi)
- napoje słodzone i gazowane (z ewentualnym wyjątkiem wody mineralnej)

    Patrząc na tą listę aż się zastanawiam dlaczego W OGÓLE niektóre z tych rzeczy się jada? Z jednej strony są niby dobre, ale z drugiej np. kanapka z majonezem zawsze smakuje tak samo, niezależnie od tego co oprócz tego majonezu na niej jest! Wiem, że sam w sobie jest dobry, ale czy naprawdę każda kanapka musi smakować identycznie? Produkty gotowe - przecież są 1000 razy gorsze od tych, które przygotujemy sami. Dlaczego więc lenistwo tak często bierze górę?

niedziela, 11 marca 2012

Eksperymentu tydzień drugi - zaliczony.

    Mój eksperyment w sobotę zaliczył drugi tydzień. Efekty? Mój On musi dostać nowy pasek do spodni :) I mówię to całkiem poważnie: Mój Mężczyzna, który bierze udział w eksperymencie tylko "przy okazji" ma już za luźne spodnie i dotarł do ostatniej dziurki na pasku do nich. Chyba będę musiała poświęcić osobną notkę jego udziałowi w eksperymencie :)

    Ale wróćmy do Easted i jej efektów. A takowe... SĄ! Ponownie i tym razem większe.

piątek, 9 marca 2012

Produkty całkiem dozwolone.

    Żeby wszystko było jasne i klarowne postanowiłam poza 10-cioma przykazaniami stworzyć także listy: produktów dozwolonych, niedozwolonych i ryzykownych. Listy te na pewno będą ulegały modyfikacjom w trakcie trwania eksperymentu, w zależności od osiąganych efektów, wyciąganych wniosków, czy nowo zdobytej wiedzy. Na pierwszy ogień idzie lista produktów całkowicie dozwolonych, żebym się nie pogubiła w tym co mogę jeść na pewno i nie umarła z głodu ;)

Lista produktów DOZWOLONYCH prezentuje się następująco:
- jarzyny (z wyjątkiem ziemniaków, one trafią do produktów ryzykownych)
- owoce
- lekki nabiał
- chude mięso i wędliny
- ryby
- woda mineralna
- herbata i kawa

    Wszystkie produkty z tej listy są dozwolone całkowicie i teoretycznie bez żadnych ograniczeń. Co to znaczy teoretycznie? Cóż, we wszystkim trzeba zachowywać umiar. Co z tego, że np. chrupki chleb z twarożkiem  i rzodkiewką będzie funkcjonował jako dietetyczny, jesli zje się go 10 sztuk? Wszystko z głową. Jedynym wyjątkiem mogą być warzywa i owoce - będą moim kołem ratunkowym w sytuacji kryzysu.

poniedziałek, 5 marca 2012

Pierwszy tydzień, pierwsze efekty.

    W sobotę minął tydzień od rozpoczęcia eksperymentu. Strasznie byłam ciekawa pierwszych efektów, dlatego rano natychmiast stanęłam na wadze. Stanęłam i... zgłupiałam :) W zależności od tego w którym miejscu stawiałam wagę, ona stwierdzała, że straciłam od 1 do 6 kg! I wcale nie zależało to od rodzaju podłoża! Po zbadaniu tematu okazało się, że podłoga w naszym mieszkaniu chyba w żadnym miejscu nie jest równa :) Postanowiłam więc ocenić eksperyment na podstawie czterech czynników. 

czwartek, 1 marca 2012

10 przykazań Easted.

    Moje nowe, rozsądne ja musi kierować się jakimiś zasadami. Skoro nie przedsięwzięłam żadnej konkretnej diety, to cóż to są za zasady? Otóż zaczęłam trzymać się 10 zasad, które od teraz są dla mnie święte. Zasady te "opracowałam" wyciągając wnioski ze swoich poprzednich doświadczeń, z praktyki innych odchudzających się, z logicznych zasad "mądrości życiowej" i mądrości wyciagniętej z danych zawartych na opakowaniach. Nie jestem alfą i omegą, i podkreślam, że jest to EKSPERYMENT. Zgłosiłam się do niego dobrowolnie i sama nim zarządzam. Nikogo do niczego nie zmuszam. Jednocześnie jednak cały czas swoją wiedzę poszerzam, a i sama praktyka przyniesie zapewne wnioski, które zmusza mnie do pewnych modyfikacji. Niemniej jednak przejdę może do rzeczy.

sobota, 25 lutego 2012

Do biegu, gotowi, START!

70,3 kg.
Czyli 15,3 kg to bagaż nadprogramowy, którego chcę się pozbyć.
Zaczynam odliczanie :)
Trzymajcie kciuki!

piątek, 24 lutego 2012

Fair play.

Jak już zostało wspomniane - mam kilogramów dużo za dużo. Ale wspomniane zostało także, że wiem już co z tym zrobić. Jasne, że zrzucić. Jasne, że to żadne odkrycie. Odkryciem jest fakt JAK. Nie, nie żadną dietą cud. ABSOLUTNIE. W ogóle nie będzie żadnej konkretnej diety. Jak to? A tak to!
"Szykuje się rewolucja
Nie na ulicach, w głowach, w sposobie myślenia
W sposobie postrzegania rzeczywistości, w świadomości."
Paktofonika miała rację już dawno, tylko ja musiałam dojrzeć ;)
Nie będzie diety-cud.
Nie będzie głodówki.
Nie będzie wspomagaczy.
Będę tylko ja i mój rozum wsparte wiedzą i jej dalszymi poszukiwaniami, kontra zbędne kilogramy.
Startujemy z równymi szansami. Jest 0:0.

czwartek, 23 lutego 2012

I poszła Easted po rozum do głowy.

    I cóż z tego, że mi te cholerne leki zmienili. 11kg ciążyło mi wszędzie: nie tylko na biodrach, tyłku i brzuchu, ale i w głowie. A nie zapominajmy o tych kilku, których dorobiłam się wcześniej, na własne życzenie. DRAMAT. Powzięłam kolejną akcję "odchudzanie". Trochę już mądrzejszą, niż te z okresu liceum, wciąż jednak nie do końca rozsądną. A efektów nie było. No dobra, JAKIEŚ może i były, ale szału nie robiły. W związku z raczej marnym rezultatem moich starań zaczęły się wahania nastrojów. Od dzikiej radości "bo kilka kilogramów mniej", do ciężkiej depresji "bo nie dzieje się nic, a właściwie to znowu jest nawet gorzej". W końcu stwierdziłam, że mam to wszystko gdzieś. Zarzuciłam odchudzanie i.... nic. Wciąż to samo: waga oscyluje mniej więcej wokół tej samej wartości: 73kg. Czasem jest 70-71kg, czasem 73,5kg, ale ogólnie nie skacze ani wyżej, ani niżej. To wbrew pozorom trochę mnie uspokoiło - skoro mogę jeść wszystko i ważyć 73kg, a nie jeść nic i nie zejść poniżej 70kg, to po co się katować? I to był pierwszy krok ku lepszemu.

    Zarzucenie wszelkiego rodzaju diet i głodówek sprawiło, że zaczęłam jeść jak wszyscy pozostali członkowie mojej rodziny. Nie mówię, że to całkiem dobrze, ale lepiej jest  jeść w miarę normalnie i przyswajać wszystkie składniki odżywcze, niż się głodzić i niszczyć własny organizm. Gdy wreszcie zaczęłam zauważać ten fakt, zaczęłam zwracać uwagę na to, co jest na stole i w ogóle w lodówce. I w końcu - WIEM! Wiem teraz co powinnam zrobić. I zrobię to.

wtorek, 21 lutego 2012

Zapomniał wół, jak cielęciem był.

    To nie tak, że potem zaczęłam się obżerać, nie. Potem zaczęłam jeść "na dwa domy", dzień zaczynałam obiadem, a kończyłam o 23:00 - 00:00 kolacją, która też mogłaby być obiadem. Niebardzo zwracałam uwagę na to co i gdzie jem. Mogłabym się próbować tłumaczyć, że to przez studia, tryb pracy, itd., itp. A GUZIK PRAWDA. Głupia byłam i tyle. Zapomniał wół, jak cięlęciem był i zaczął żreć co się nawinęło. A do tego ślepy był jak kret - tak zajęty "sprawami osobistymi", że nie zauważył, że sprawa wybitnie osobista, jak własny bebech i prywatny tyłek zaczynają rosnąć. No dobra, dobra, 5kg dzikiego dramatu może i nie robiło, ale spodnie trzeba było zmienić na większe. To powinno było zadziałać jak alarm!

A potem znowu pojawili się lekarze.
    Jak na złość okazało się, że muszę zacząć przyjmować leki. Inne zupełnie niż te z dzieciństwa, ale takie , które zaburzają gospodarkę hormonalną. Moja tkanka tłuszczowa o niczym innym nie marzyła. Zaczęła ROSNĄĆ jak na drożdżach. 7kg w tydzień. Zgłupiałam. Oczy o mało nie wyszły mi z orbit: że co proszę?! Ale waga nie kłamała. Z samych chyba nerwów, nie przerywając myślenia "to przecież niemozliwe!" w kolejnym tygodniu nie zjadłam chyba nic. Szczęśliwie okazało się, że część owych 7kg to była tylko woda. Szczęście jednak nie potrwało długo - po skończeniu opakowania ja byłam bogatsza o kolejne 11kg, a mój lekarz o kolejne 80zł za wizytę, po której miałam nadzieję pozbyć się tych koszmarnych piguł.

niedziela, 19 lutego 2012

Głupota ludzka nie zna granic.

    I co z tego, że byłam z siebie dumna, skoro nie na długo. Zaczęłam być coraz starsza, podstawówkę dawno zmieniłam na gimnazjum, a tu już mnie goniło liceum - nomen omen w tej samej szkole. Nadal pilnowałam wagi, ale co z tego, skoro moje nogi NADAL nie były superzgrabne, brzuch WCIĄŻ nie był superpłaski, a w bikini (ja chodziłam kiedyś w bikini?!) nie wyglądałam jak Miss Świata. Wokół miałam mnóstwo lasek - pokazujących chude ręce, błyszczących kolczykami z idealnych pępków na idealnych brzuchach, odsłaniających szczupłe uda kusymi spódniczkami. Powrócił koszmar podstawówki. Zewsząd huczało: JESTEM ZA GRUBA. Rzuciłam się w wir tracenia na wadze. A raczej próbowania zrzucenia czegokolwiek. Metody? Szkoda gadać. A podobno człowiek im starszy, tym mądrzejszy. Teraz za karę, za swoją głupotę powinnam klęczęć przed ścianą i do odwołania walić w nią głową. Przeżyłam chyba wszystko: dietę kopenhaską, niełączenia, dukana, bla, bla bla... i UWAGA - gwóźdź programu: głodówki i środki przeczyszczające! NO CO ZA KRETYNKA! Powinni mi zaponsorować nagrodę. Naprawdę.

    W ten uroczy i wspaniały sposób, moja porąbana lekami z wczesnego dzieciństwa metabolika, poprawiona trochę mocno sensowną dietą wieku późnopodstawówkowego poszła w łeb razem z wiekiem nastoletnim. Na jej miejscu sama bym się na siebie obraziła za takie traktowanie.

    Tak czy inaczej nic się nie zmieniało. Nie ważne, czy jadłam, czy głodowałam, dopóki się nie obżerałam waga nie szła w górę. Ale nie szła też w dół. A potem pochrzaniło się jeszcze bardziej.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Cel - pal!

    Notowałam spadek. Byłam w domu. Moj uśmiech rósł za każdym razem, gdy na okresowej wizycie u pielęgniarki okazywało się, że rosnę. WZDŁUŻ. A moja waga stoi. A od drugiej wizyty wręcz spada. Moja duma nie miała granic. Taki obrót sprawy tylko jeszcze bardziej mnie motywował, a do tego łechtał mojego ego, co dodatkowo odbijało się na mojej osobie. Pozytywnie oczywiście.

    Zaczęłam zwracać na siebie większą uwagę. Na to co ubieram, jak się czeszę. WRESZCIE moja fizyczność zaczynała gonić mentalność. I tak się w kółko nakręcałam, aż osiągnełam go. MÓJ CEL! Wyglądałam jak człowiek. Może nie byłam chuda jak szczupak, ale dzięki temu wyglądałam jak zwykła, normalnie rozwijająca się nastolatka. Miałam zgrabne nogi, fajny biust i zapowadało się, że wyjdę na ludzi. W pierwszej fazie straciłam dużo i szybko - 13kg. W drugiej już mniej, ale wciąż traciłam na wadze, a zaznaczam, ze wciąż rosłam. Efekt był taki, że straciłam 16-17kg, a w praktyce zapewne więcej, dzięki wyższemu wzrostowi. Stanęło na 166cm i 52-55kg. Byłam z siebie dumna.

niedziela, 12 lutego 2012

Ożesz k..., czyli pełne otrzeźwienie.

    Gdy królewna Śnieżka wybudziła się ze swego dziecięcego, tłustego snu, kurtyna przysłaniająca jej oczy całkowicie opadła. Gdy w końcu zorientowałam się, że nie jestem normalną nastolatką, bo mogłoby mnie być dwie, oprzytomniałam i postanowiłam zabrać się do roboty. W końcu zauważyłam, że moje t-shirty mogłyby służyć moim koleżankom za kocyki, że niektóre z ów dziewcząt mogłyby zmieścić się obiema nogami w jednej nogawce moich spodni, że żadna z nich poza mną nie męczy się po jednym okrążeniu truchtem sali gimnastycznej, a wszystkie spojrzenia kolegów w dupie mają to, że to ja, JA! mam już biust i noszę stanik, tylko oglądają się za moimi płaskimi jak deski, ale szczupłymi koleżankami. Tak tak moi państwo, to był już TEN czas, czas pierwszych zauroczeń. A ja byłam w czarnej dupie.

    Jak już wspomniałam, w pełni zmobilizowana (czarną) rzeczywistością zabrałam się do roboty. Rzuciłam wszystkie "pyszne" przekąski w postaci ociekających tłuszczem czipsów, kipiących czekoladą batoników, ograniczyłam masło i chleb. Nie jadłam żadnych, podkreślam ŻADNYCH słodyczy, nawet gdy ktoś stawiał mi przed nosem miseczkę moich ulubionych Michałków, byłam twarda. Wiedziałam, że jak się złamię i choć skosztuję, nawet połowę, nawet 1/4 takiego Michałka, to polegnę. Ale nie było na mnie mocnych. Gorzej było z tradycyjnymi posiłkami, bo za młody szczyl ze mnie był, żeby kłócić się z mamą o kuchnię. Ale nie przeszkadzało mi to, poszłam na współpracę - zaczęłam robić różnokolorowe sałatki w ilościach hurtowych. Zmniejszyłam porcje ziemniaków, mięso jadałam bez tłustej skóry i z mniejszą ilością sosu. Chleb zamieniłam na chrupkie pieczywo, a kanapki do szkoły na jogurty i pieczywo ryżowe. Zaprzyjaźniłam się z owocami, zauważyłam, że ich charakterystyczny, intensywny smak, jak np. słodycz pomarańczy, kwas jabłka, czy gorycz grejfruta, skutecznie odciągają moje myśli od słodyczy. A na efekty, nie trzeba było długo czekać.

sobota, 11 lutego 2012

Każde "za dużo" ma swoją historię.

    Zawsze jest jakaś historia: jedni przybrali, bo w dzieciństwie przekarmiali ich rodzice i dziadkowie, innych dopadła choroba. Jeszcze inni przytyli zwyczajnie - przez obżarstwo i brak kontroli. Historii nadprogramowych kilogramów jest tyle, ile wyposażonych w nich ludzi.

A jak było ze mną?
    Jako małe dziecko z powodu dręczących mnie dolegliwości faszerowano mnie lekami. Lekami, których generacja była zupełnie inna niż w tej chwili. Oczywiście nie przytyłam od samych leków, absolutnie! Ale zdecydowanie poprawiły mój apetyt. Byłam w stanie zjeść chyba wszystko, co wpadło mi w ręce. I tyłam, tyłam, tyłam... A dzieci coraz bardziej się ze mnie śmiały i śmiały, i śmiały... Z początku mi to nie przeszkadzało. Puszczałam te uwagi mimo uszu i jako osoba o skrajnie optymistycznym podejściu do życia dalej szczęśliwie egzystowałam. Ewentualnie jako osoba, która nie da sobie w kaszę dmuchać, spławiałam wyśmiewającego się delikwenta błyskotliwym tekstem i dla odmiany dalej szczęśliwie egzystowałam. I tak jako szczęśliwy pączuś zmieniłam przedszkole na szkołę podstawową, a ciuchy zmieniałam nie tylko na rosnące wzdłuż, ale także wszerz. A lata mijały. Czas było przeistoczyć się z dziecięcia w nastolatkę i... 
... i tu pojawił się problem.
    Zmieniłam się bowiem mentalnie, fizycznie jednak nadal byłam brzydkim kaczątkiem. Tylko w końcu zaczęło mi to przeszkadzać.

piątek, 10 lutego 2012

Dużo za dużo.

    Mam 23 lata i ważę jakieś 23 kg za dużo. No dobra, dobra trochę przesadzam. Ale wciąż dużo za dużo :)
    Dokładne wymiary uzupełnię "na starcie". Chcę osiągnąć wagę 55kg. Kiedyś tyle ważyłam i czułam się (prawie) fantastycznie. Dlaczego prawie? Ponieważ byłam zakompleksiona. Każdy ma jakieś kompleksy, wiem. Ale ja nimi ŻYŁAM. Nie doceniałam tego co mam, tylko żałowałam tego, czego nie miałam, albo miałam w nadmiarze. Ale wtedy nie wiedziałam jeszcze czym tak naprawdę jest nadmiar. Teraz już wiem i choć kompleksów mam mniej, to wciąż mam jednak świadomość. Świadomość, że muszę coś z tym zrobić, zanim doprowadzę do dramatu. Swoją walkę będę opisywać tutaj, dlatego zapraszam do lektury!