70,3 kg.
Czyli 15,3 kg to bagaż nadprogramowy, którego chcę się pozbyć.
Zaczynam odliczanie :)
Trzymajcie kciuki!
sobota, 25 lutego 2012
piątek, 24 lutego 2012
Fair play.
Jak już zostało wspomniane - mam kilogramów dużo za dużo. Ale wspomniane zostało także, że wiem już co z tym zrobić. Jasne, że zrzucić. Jasne, że to żadne odkrycie. Odkryciem jest fakt JAK. Nie, nie żadną dietą cud. ABSOLUTNIE. W ogóle nie będzie żadnej konkretnej diety. Jak to? A tak to!
"Szykuje się rewolucja
Nie na ulicach, w głowach, w sposobie myślenia
W sposobie postrzegania rzeczywistości, w świadomości."
Nie na ulicach, w głowach, w sposobie myślenia
W sposobie postrzegania rzeczywistości, w świadomości."
Paktofonika miała rację już dawno, tylko ja musiałam dojrzeć ;)
Nie będzie diety-cud.
Nie będzie głodówki.
Nie będzie wspomagaczy.
Będę tylko ja i mój rozum wsparte wiedzą i jej dalszymi poszukiwaniami, kontra zbędne kilogramy.
Startujemy z równymi szansami. Jest 0:0.
czwartek, 23 lutego 2012
I poszła Easted po rozum do głowy.
I cóż z tego, że mi te cholerne leki zmienili. 11kg ciążyło mi wszędzie: nie tylko na biodrach, tyłku i brzuchu, ale i w głowie. A nie zapominajmy o tych kilku, których dorobiłam się wcześniej, na własne życzenie. DRAMAT. Powzięłam kolejną akcję "odchudzanie". Trochę już mądrzejszą, niż te z okresu liceum, wciąż jednak nie do końca rozsądną. A efektów nie było. No dobra, JAKIEŚ może i były, ale szału nie robiły. W związku z raczej marnym rezultatem moich starań zaczęły się wahania nastrojów. Od dzikiej radości "bo kilka kilogramów mniej", do ciężkiej depresji "bo nie dzieje się nic, a właściwie to znowu jest nawet gorzej". W końcu stwierdziłam, że mam to wszystko gdzieś. Zarzuciłam odchudzanie i.... nic. Wciąż to samo: waga oscyluje mniej więcej wokół tej samej wartości: 73kg. Czasem jest 70-71kg, czasem 73,5kg, ale ogólnie nie skacze ani wyżej, ani niżej. To wbrew pozorom trochę mnie uspokoiło - skoro mogę jeść wszystko i ważyć 73kg, a nie jeść nic i nie zejść poniżej 70kg, to po co się katować? I to był pierwszy krok ku lepszemu.
Zarzucenie wszelkiego rodzaju diet i głodówek sprawiło, że zaczęłam jeść jak wszyscy pozostali członkowie mojej rodziny. Nie mówię, że to całkiem dobrze, ale lepiej jest jeść
w miarę normalnie i przyswajać wszystkie składniki odżywcze, niż się głodzić i niszczyć własny organizm. Gdy wreszcie zaczęłam zauważać ten fakt, zaczęłam zwracać uwagę na to, co jest na stole i w ogóle w lodówce. I w końcu - WIEM! Wiem teraz co powinnam zrobić. I zrobię to.
wtorek, 21 lutego 2012
Zapomniał wół, jak cielęciem był.
To nie tak, że potem zaczęłam się obżerać, nie. Potem zaczęłam jeść "na dwa domy", dzień zaczynałam obiadem, a kończyłam o 23:00 - 00:00 kolacją, która też mogłaby być obiadem. Niebardzo zwracałam uwagę na to co i gdzie jem. Mogłabym się próbować tłumaczyć, że to przez studia, tryb pracy, itd., itp. A GUZIK PRAWDA. Głupia byłam i tyle. Zapomniał wół, jak cięlęciem był i zaczął żreć co się nawinęło. A do tego ślepy był jak kret - tak zajęty "sprawami osobistymi", że nie zauważył, że sprawa wybitnie osobista, jak własny bebech i prywatny tyłek zaczynają rosnąć. No dobra, dobra, 5kg dzikiego dramatu może i nie robiło, ale spodnie trzeba było zmienić na większe. To powinno było zadziałać jak alarm!
A potem znowu pojawili się lekarze.
Jak na złość okazało się, że muszę zacząć przyjmować leki. Inne zupełnie niż te z dzieciństwa, ale takie , które zaburzają gospodarkę hormonalną. Moja tkanka tłuszczowa o niczym innym nie marzyła. Zaczęła ROSNĄĆ jak na drożdżach. 7kg w tydzień. Zgłupiałam. Oczy o mało nie wyszły mi z orbit: że co proszę?! Ale waga nie kłamała. Z samych chyba nerwów, nie przerywając myślenia "to przecież niemozliwe!" w kolejnym tygodniu nie zjadłam chyba nic. Szczęśliwie okazało się, że część owych 7kg to była tylko woda. Szczęście jednak nie potrwało długo - po skończeniu opakowania ja byłam bogatsza o kolejne 11kg, a mój lekarz o kolejne 80zł za wizytę, po której miałam nadzieję pozbyć się tych koszmarnych piguł.
niedziela, 19 lutego 2012
Głupota ludzka nie zna granic.
I co z tego, że byłam z siebie dumna, skoro nie na długo. Zaczęłam być coraz starsza, podstawówkę dawno zmieniłam na gimnazjum, a tu już mnie goniło liceum - nomen omen w tej samej szkole. Nadal pilnowałam wagi, ale co z tego, skoro moje nogi NADAL nie były superzgrabne, brzuch WCIĄŻ nie był superpłaski, a w bikini (ja chodziłam kiedyś w bikini?!) nie wyglądałam jak Miss Świata. Wokół miałam mnóstwo lasek - pokazujących chude ręce, błyszczących kolczykami z idealnych pępków na idealnych brzuchach, odsłaniających szczupłe uda kusymi spódniczkami. Powrócił koszmar podstawówki. Zewsząd huczało: JESTEM ZA GRUBA. Rzuciłam się w wir tracenia na wadze. A raczej próbowania zrzucenia czegokolwiek. Metody? Szkoda gadać. A podobno człowiek im starszy, tym mądrzejszy. Teraz za karę, za swoją głupotę powinnam klęczęć przed ścianą i do odwołania walić w nią głową. Przeżyłam chyba wszystko: dietę kopenhaską, niełączenia, dukana, bla, bla bla... i UWAGA - gwóźdź programu: głodówki i
środki przeczyszczające! NO CO ZA KRETYNKA! Powinni mi zaponsorować nagrodę. Naprawdę.
W ten uroczy i wspaniały sposób, moja porąbana lekami z wczesnego dzieciństwa metabolika, poprawiona trochę mocno sensowną dietą wieku późnopodstawówkowego poszła w łeb razem z wiekiem nastoletnim. Na jej miejscu sama bym się na siebie obraziła za takie traktowanie.
Tak czy inaczej nic się nie zmieniało. Nie ważne, czy jadłam, czy głodowałam, dopóki się nie obżerałam waga nie szła w górę. Ale nie szła też w dół. A potem pochrzaniło się jeszcze bardziej.
poniedziałek, 13 lutego 2012
Cel - pal!
Notowałam spadek. Byłam w domu. Moj uśmiech rósł za każdym razem, gdy na okresowej wizycie u pielęgniarki okazywało się, że rosnę. WZDŁUŻ. A moja waga stoi. A od drugiej wizyty wręcz spada. Moja duma nie miała granic. Taki obrót sprawy tylko jeszcze bardziej mnie motywował, a do tego łechtał mojego ego, co dodatkowo odbijało się na mojej osobie. Pozytywnie oczywiście.
Zaczęłam zwracać na siebie większą uwagę. Na to co ubieram, jak się czeszę. WRESZCIE moja fizyczność zaczynała gonić mentalność. I tak się w kółko nakręcałam, aż osiągnełam go. MÓJ CEL! Wyglądałam jak człowiek. Może nie byłam chuda jak szczupak, ale dzięki temu wyglądałam jak zwykła, normalnie rozwijająca się nastolatka. Miałam zgrabne nogi, fajny biust i zapowadało się, że wyjdę na ludzi. W pierwszej fazie straciłam dużo i szybko - 13kg. W drugiej już mniej, ale wciąż traciłam na wadze, a zaznaczam, ze wciąż rosłam. Efekt był taki, że straciłam 16-17kg, a w praktyce zapewne więcej, dzięki wyższemu wzrostowi. Stanęło na 166cm i 52-55kg. Byłam z siebie dumna.
niedziela, 12 lutego 2012
Ożesz k..., czyli pełne otrzeźwienie.
Gdy królewna Śnieżka wybudziła się ze swego dziecięcego, tłustego snu, kurtyna przysłaniająca jej oczy całkowicie opadła. Gdy w końcu zorientowałam się, że nie jestem normalną nastolatką, bo mogłoby mnie być dwie, oprzytomniałam i postanowiłam zabrać się do roboty. W końcu zauważyłam, że moje t-shirty mogłyby służyć moim koleżankom za kocyki, że niektóre z ów dziewcząt mogłyby zmieścić się obiema nogami w jednej nogawce moich spodni, że żadna z nich poza mną nie męczy się po jednym okrążeniu truchtem sali gimnastycznej, a wszystkie spojrzenia kolegów w dupie mają to, że to ja, JA! mam już biust i noszę stanik, tylko oglądają się za moimi płaskimi jak deski, ale szczupłymi koleżankami. Tak tak moi państwo, to był już TEN czas, czas pierwszych zauroczeń. A ja byłam w czarnej dupie.
Jak już wspomniałam, w pełni zmobilizowana (czarną) rzeczywistością zabrałam się do roboty. Rzuciłam wszystkie "pyszne" przekąski w postaci ociekających tłuszczem czipsów, kipiących czekoladą batoników, ograniczyłam masło i chleb. Nie jadłam żadnych, podkreślam ŻADNYCH słodyczy, nawet gdy ktoś stawiał mi przed nosem miseczkę moich ulubionych Michałków, byłam twarda. Wiedziałam, że jak się złamię i choć skosztuję, nawet połowę, nawet 1/4 takiego Michałka, to polegnę. Ale nie było na mnie mocnych. Gorzej było z tradycyjnymi posiłkami, bo za młody szczyl ze mnie był, żeby kłócić się z mamą o kuchnię. Ale nie przeszkadzało mi to, poszłam na współpracę - zaczęłam robić różnokolorowe sałatki w ilościach hurtowych. Zmniejszyłam porcje ziemniaków, mięso jadałam bez tłustej skóry i z mniejszą ilością sosu. Chleb zamieniłam na chrupkie pieczywo, a kanapki do szkoły na jogurty i pieczywo ryżowe. Zaprzyjaźniłam się z owocami, zauważyłam, że ich charakterystyczny, intensywny smak, jak np. słodycz pomarańczy, kwas jabłka, czy gorycz grejfruta, skutecznie odciągają moje myśli od słodyczy. A na efekty, nie trzeba było długo czekać.
sobota, 11 lutego 2012
Każde "za dużo" ma swoją historię.
Zawsze jest jakaś historia: jedni przybrali, bo w dzieciństwie przekarmiali ich rodzice i dziadkowie, innych dopadła choroba. Jeszcze inni przytyli zwyczajnie - przez obżarstwo i brak kontroli. Historii nadprogramowych kilogramów jest tyle, ile wyposażonych w nich ludzi.
A jak było ze mną?
Jako małe dziecko z powodu dręczących mnie dolegliwości faszerowano mnie lekami. Lekami, których generacja była zupełnie inna niż w tej chwili. Oczywiście nie przytyłam od samych leków, absolutnie! Ale zdecydowanie poprawiły mój apetyt. Byłam w stanie zjeść chyba wszystko, co wpadło mi w ręce. I tyłam, tyłam, tyłam... A dzieci coraz bardziej się ze mnie śmiały i śmiały, i śmiały... Z początku mi to nie przeszkadzało. Puszczałam te uwagi mimo uszu i jako osoba o skrajnie optymistycznym podejściu do życia dalej szczęśliwie egzystowałam. Ewentualnie jako osoba, która nie da sobie w kaszę dmuchać, spławiałam wyśmiewającego się delikwenta błyskotliwym tekstem i dla odmiany dalej szczęśliwie egzystowałam. I tak jako szczęśliwy pączuś zmieniłam przedszkole na szkołę podstawową, a ciuchy zmieniałam nie tylko na rosnące wzdłuż, ale także wszerz. A lata mijały. Czas było przeistoczyć się z dziecięcia w nastolatkę i...
... i tu pojawił się problem.
Zmieniłam się bowiem mentalnie, fizycznie jednak nadal byłam brzydkim kaczątkiem. Tylko w końcu zaczęło mi to przeszkadzać.
piątek, 10 lutego 2012
Dużo za dużo.
Mam 23 lata i ważę jakieś 23 kg za dużo. No dobra, dobra trochę przesadzam. Ale wciąż dużo za dużo :)
Dokładne wymiary uzupełnię "na starcie". Chcę osiągnąć wagę 55kg. Kiedyś tyle ważyłam i czułam się (prawie) fantastycznie. Dlaczego prawie? Ponieważ byłam zakompleksiona. Każdy ma jakieś kompleksy, wiem. Ale ja nimi ŻYŁAM. Nie doceniałam tego co mam, tylko żałowałam tego, czego nie miałam, albo miałam w nadmiarze. Ale wtedy nie wiedziałam jeszcze czym tak naprawdę jest nadmiar. Teraz już wiem i choć kompleksów mam mniej, to wciąż mam jednak świadomość. Świadomość, że muszę coś z tym zrobić, zanim doprowadzę do dramatu. Swoją walkę będę opisywać tutaj, dlatego zapraszam do lektury!
Dokładne wymiary uzupełnię "na starcie". Chcę osiągnąć wagę 55kg. Kiedyś tyle ważyłam i czułam się (prawie) fantastycznie. Dlaczego prawie? Ponieważ byłam zakompleksiona. Każdy ma jakieś kompleksy, wiem. Ale ja nimi ŻYŁAM. Nie doceniałam tego co mam, tylko żałowałam tego, czego nie miałam, albo miałam w nadmiarze. Ale wtedy nie wiedziałam jeszcze czym tak naprawdę jest nadmiar. Teraz już wiem i choć kompleksów mam mniej, to wciąż mam jednak świadomość. Świadomość, że muszę coś z tym zrobić, zanim doprowadzę do dramatu. Swoją walkę będę opisywać tutaj, dlatego zapraszam do lektury!
Subskrybuj:
Posty (Atom)