To nie tak, że potem zaczęłam się obżerać, nie. Potem zaczęłam jeść "na dwa domy", dzień zaczynałam obiadem, a kończyłam o 23:00 - 00:00 kolacją, która też mogłaby być obiadem. Niebardzo zwracałam uwagę na to co i gdzie jem. Mogłabym się próbować tłumaczyć, że to przez studia, tryb pracy, itd., itp. A GUZIK PRAWDA. Głupia byłam i tyle. Zapomniał wół, jak cięlęciem był i zaczął żreć co się nawinęło. A do tego ślepy był jak kret - tak zajęty "sprawami osobistymi", że nie zauważył, że sprawa wybitnie osobista, jak własny bebech i prywatny tyłek zaczynają rosnąć. No dobra, dobra, 5kg dzikiego dramatu może i nie robiło, ale spodnie trzeba było zmienić na większe. To powinno było zadziałać jak alarm!
A potem znowu pojawili się lekarze.
Jak na złość okazało się, że muszę zacząć przyjmować leki. Inne zupełnie niż te z dzieciństwa, ale takie , które zaburzają gospodarkę hormonalną. Moja tkanka tłuszczowa o niczym innym nie marzyła. Zaczęła ROSNĄĆ jak na drożdżach. 7kg w tydzień. Zgłupiałam. Oczy o mało nie wyszły mi z orbit: że co proszę?! Ale waga nie kłamała. Z samych chyba nerwów, nie przerywając myślenia "to przecież niemozliwe!" w kolejnym tygodniu nie zjadłam chyba nic. Szczęśliwie okazało się, że część owych 7kg to była tylko woda. Szczęście jednak nie potrwało długo - po skończeniu opakowania ja byłam bogatsza o kolejne 11kg, a mój lekarz o kolejne 80zł za wizytę, po której miałam nadzieję pozbyć się tych koszmarnych piguł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz