I co z tego, że byłam z siebie dumna, skoro nie na długo. Zaczęłam być coraz starsza, podstawówkę dawno zmieniłam na gimnazjum, a tu już mnie goniło liceum - nomen omen w tej samej szkole. Nadal pilnowałam wagi, ale co z tego, skoro moje nogi NADAL nie były superzgrabne, brzuch WCIĄŻ nie był superpłaski, a w bikini (ja chodziłam kiedyś w bikini?!) nie wyglądałam jak Miss Świata. Wokół miałam mnóstwo lasek - pokazujących chude ręce, błyszczących kolczykami z idealnych pępków na idealnych brzuchach, odsłaniających szczupłe uda kusymi spódniczkami. Powrócił koszmar podstawówki. Zewsząd huczało: JESTEM ZA GRUBA. Rzuciłam się w wir tracenia na wadze. A raczej próbowania zrzucenia czegokolwiek. Metody? Szkoda gadać. A podobno człowiek im starszy, tym mądrzejszy. Teraz za karę, za swoją głupotę powinnam klęczęć przed ścianą i do odwołania walić w nią głową. Przeżyłam chyba wszystko: dietę kopenhaską, niełączenia, dukana, bla, bla bla... i UWAGA - gwóźdź programu: głodówki i
środki przeczyszczające! NO CO ZA KRETYNKA! Powinni mi zaponsorować nagrodę. Naprawdę.
W ten uroczy i wspaniały sposób, moja porąbana lekami z wczesnego dzieciństwa metabolika, poprawiona trochę mocno sensowną dietą wieku późnopodstawówkowego poszła w łeb razem z wiekiem nastoletnim. Na jej miejscu sama bym się na siebie obraziła za takie traktowanie.
Tak czy inaczej nic się nie zmieniało. Nie ważne, czy jadłam, czy głodowałam, dopóki się nie obżerałam waga nie szła w górę. Ale nie szła też w dół. A potem pochrzaniło się jeszcze bardziej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz