Zawsze jest jakaś historia: jedni przybrali, bo w dzieciństwie przekarmiali ich rodzice i dziadkowie, innych dopadła choroba. Jeszcze inni przytyli zwyczajnie - przez obżarstwo i brak kontroli. Historii nadprogramowych kilogramów jest tyle, ile wyposażonych w nich ludzi.
A jak było ze mną?
Jako małe dziecko z powodu dręczących mnie dolegliwości faszerowano mnie lekami. Lekami, których generacja była zupełnie inna niż w tej chwili. Oczywiście nie przytyłam od samych leków, absolutnie! Ale zdecydowanie poprawiły mój apetyt. Byłam w stanie zjeść chyba wszystko, co wpadło mi w ręce. I tyłam, tyłam, tyłam... A dzieci coraz bardziej się ze mnie śmiały i śmiały, i śmiały... Z początku mi to nie przeszkadzało. Puszczałam te uwagi mimo uszu i jako osoba o skrajnie optymistycznym podejściu do życia dalej szczęśliwie egzystowałam. Ewentualnie jako osoba, która nie da sobie w kaszę dmuchać, spławiałam wyśmiewającego się delikwenta błyskotliwym tekstem i dla odmiany dalej szczęśliwie egzystowałam. I tak jako szczęśliwy pączuś zmieniłam przedszkole na szkołę podstawową, a ciuchy zmieniałam nie tylko na rosnące wzdłuż, ale także wszerz. A lata mijały. Czas było przeistoczyć się z dziecięcia w nastolatkę i...
... i tu pojawił się problem.
Zmieniłam się bowiem mentalnie, fizycznie jednak nadal byłam brzydkim kaczątkiem. Tylko w końcu zaczęło mi to przeszkadzać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz