czwartek, 23 lutego 2012

I poszła Easted po rozum do głowy.

    I cóż z tego, że mi te cholerne leki zmienili. 11kg ciążyło mi wszędzie: nie tylko na biodrach, tyłku i brzuchu, ale i w głowie. A nie zapominajmy o tych kilku, których dorobiłam się wcześniej, na własne życzenie. DRAMAT. Powzięłam kolejną akcję "odchudzanie". Trochę już mądrzejszą, niż te z okresu liceum, wciąż jednak nie do końca rozsądną. A efektów nie było. No dobra, JAKIEŚ może i były, ale szału nie robiły. W związku z raczej marnym rezultatem moich starań zaczęły się wahania nastrojów. Od dzikiej radości "bo kilka kilogramów mniej", do ciężkiej depresji "bo nie dzieje się nic, a właściwie to znowu jest nawet gorzej". W końcu stwierdziłam, że mam to wszystko gdzieś. Zarzuciłam odchudzanie i.... nic. Wciąż to samo: waga oscyluje mniej więcej wokół tej samej wartości: 73kg. Czasem jest 70-71kg, czasem 73,5kg, ale ogólnie nie skacze ani wyżej, ani niżej. To wbrew pozorom trochę mnie uspokoiło - skoro mogę jeść wszystko i ważyć 73kg, a nie jeść nic i nie zejść poniżej 70kg, to po co się katować? I to był pierwszy krok ku lepszemu.

    Zarzucenie wszelkiego rodzaju diet i głodówek sprawiło, że zaczęłam jeść jak wszyscy pozostali członkowie mojej rodziny. Nie mówię, że to całkiem dobrze, ale lepiej jest  jeść w miarę normalnie i przyswajać wszystkie składniki odżywcze, niż się głodzić i niszczyć własny organizm. Gdy wreszcie zaczęłam zauważać ten fakt, zaczęłam zwracać uwagę na to, co jest na stole i w ogóle w lodówce. I w końcu - WIEM! Wiem teraz co powinnam zrobić. I zrobię to.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz