niedziela, 12 lutego 2012

Ożesz k..., czyli pełne otrzeźwienie.

    Gdy królewna Śnieżka wybudziła się ze swego dziecięcego, tłustego snu, kurtyna przysłaniająca jej oczy całkowicie opadła. Gdy w końcu zorientowałam się, że nie jestem normalną nastolatką, bo mogłoby mnie być dwie, oprzytomniałam i postanowiłam zabrać się do roboty. W końcu zauważyłam, że moje t-shirty mogłyby służyć moim koleżankom za kocyki, że niektóre z ów dziewcząt mogłyby zmieścić się obiema nogami w jednej nogawce moich spodni, że żadna z nich poza mną nie męczy się po jednym okrążeniu truchtem sali gimnastycznej, a wszystkie spojrzenia kolegów w dupie mają to, że to ja, JA! mam już biust i noszę stanik, tylko oglądają się za moimi płaskimi jak deski, ale szczupłymi koleżankami. Tak tak moi państwo, to był już TEN czas, czas pierwszych zauroczeń. A ja byłam w czarnej dupie.

    Jak już wspomniałam, w pełni zmobilizowana (czarną) rzeczywistością zabrałam się do roboty. Rzuciłam wszystkie "pyszne" przekąski w postaci ociekających tłuszczem czipsów, kipiących czekoladą batoników, ograniczyłam masło i chleb. Nie jadłam żadnych, podkreślam ŻADNYCH słodyczy, nawet gdy ktoś stawiał mi przed nosem miseczkę moich ulubionych Michałków, byłam twarda. Wiedziałam, że jak się złamię i choć skosztuję, nawet połowę, nawet 1/4 takiego Michałka, to polegnę. Ale nie było na mnie mocnych. Gorzej było z tradycyjnymi posiłkami, bo za młody szczyl ze mnie był, żeby kłócić się z mamą o kuchnię. Ale nie przeszkadzało mi to, poszłam na współpracę - zaczęłam robić różnokolorowe sałatki w ilościach hurtowych. Zmniejszyłam porcje ziemniaków, mięso jadałam bez tłustej skóry i z mniejszą ilością sosu. Chleb zamieniłam na chrupkie pieczywo, a kanapki do szkoły na jogurty i pieczywo ryżowe. Zaprzyjaźniłam się z owocami, zauważyłam, że ich charakterystyczny, intensywny smak, jak np. słodycz pomarańczy, kwas jabłka, czy gorycz grejfruta, skutecznie odciągają moje myśli od słodyczy. A na efekty, nie trzeba było długo czekać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz